Jaki lab jest najlepszy? Poszukajmy odpowiedzi.

Od dłuższego czasu przyglądam się sytuacji na rynku labów. Czasami przypomina to spory fanbojów Iphona z miłośnikami każdej innej marki – albo pojedynki PlayStation vs. Xbox vs. PC. Co kilka dni na różnych grupach dla zawodowych fotografów pojawia się pytanie „gdzie zamawiać odbitki” – to zapalnik do rzucania lajkami, czasami na oślep.

Prawie, ale nie do końca.

Postanowiłem zmierzyć się z tematem. Mając świadomość, że labów jest jak mrówków postawiłem na demokrację. Zebrałem w ankietach kilka najpopularniejszych zdaniem fotografów labów. Dodałem dwie duże sieciówki i już miałem listę ofiar.

Wiedziałem też, że sam zadaniu nie podołam na pewno. Zwróciłem się z prośbą o pomoc do człowieka, który już kilkukrotnie drukował dla mnie duże formaty na wystawy. Skoro robi to świetnie i bez dwóch zdań zna się na swojej robocie – byłem pewien, że mi pomoże. W ten sposób do mojej drużyny trafił Paweł Markiewicz – człowiek odpowiedzialny za PM Print z Rybnika. Przygotował on dla mnie 13 plików, które miały posłużyć do testów.

Krok trzeci – zamawianie. Przynajmniej kilka labów mnie zna. Zatem zamówienia nie mogłem robić osobiście – bo wystarczyło rzucić okiem na zdjęcia i wniosek nasuwał się sam – to będzie jakiś wałek. Owszem był, na potrzeby testu pojawił się w zespole trzeci człowiek – „słup”. Mój dobry przyjaciel, który od lat fotografuje głowie dla przyjemności. On to stał się naszym początkującym fotografem, który złożył wszystkie zamówienia. Ta drużyna pierścienia byłą gotowa podbijać świat fotografii.

Poznajcie bohaterów.

Trzynaście zdjęć, niczym trzystu wojowników posiada własną charakterystykę i unikalne cechy. Część sprawdzać miała dokładność odwzorowania barw, inne precyzję druku. Laby, które miały je wydrukować nie były niczego świadome. W zestawieniu pojawiło się, w oparciu o przeprowadzoną kilkanaście tygodni wcześniej ankietę na jednej z grup, DigitalAlbum, Najlepszefoto i ich 2 rodzaje odbitek, Albumy Bodzioch, Crystal Albums, Empik Foto, Rossman i Saal Digital.

Pierwszy test na cierpliwość.

Zanim opowiem o „mięsku” najpierw mała przystawka – systemy rejestracji i zamawiania. Z tym bywa różnie. Zanim zacznę tyradę – pamiętajcie, na co dzień pracuję dla e-sklepów – pomagam im w ułatwianiu procesu zakupowego – wiec to ewidentnie moje zboczenie zawodowe.

Niektóre z wymienionych wyżej labów są wyjątkowo przychylne użytkownikowi w procesie rejestracji, inne zaś, to droga przez formularze wielkie niczym biurowce ZUSu i trzeba się wykazać sporą determinacją w ich wypełnianiu.

Co ciekawe (dla takiego fetyszysty e-commerce jak ja) mało który z labów spełnia wymogi formalne choćby ze zgodami i oświadczeniami podczas rejestracji – ale tu można by powiedzieć „who cares” to nie mój problem co do zasady.

To, co zasługuje na pochwałę to powitanie nowego klienta w dwóch firmach. DigitalAlbum i Najlepszefoto krótko po rejestracji oddzwoniło, chwile pogawędziło o ofercie, podziękowało za zainteresowanie i wyraziło chęć pomocy, kiedy tylko będzie trzeba. Podobnie te dwie marki wyróżniają się na tle w komunikacji mailowej. Obie wysyłają całkiem zgrabne maile powitalne, które od razu tez streszczają ofertę i pokazuję najciekawsze propozycje w ofercie. Również obie wysłały followupy po rozmowach z konsultantami. Brawo – robota na medal. Gdybym miał na coś narzekać (a lubię pogderać) to dwie marki miały tu mały problem – jedna wysyłała maile różnie podpisane (nadawca to raz bok, raz support) – tu po krótkiej pogawędce z odpowiednimi osobami problem udało się rozwiązać. Więc znowuż muszę poklepać po plecach za chęć słuchania innych – a klienci tej firmy pewnie odczują różnicę w łatwiejszym odnajdywaniu wiadomości z tej firmy.

Test drugi – zamawianie.

Proces zamawiania we wszystkich labach wygląda mniej więcej tak samo. Można by toczyć spory o to, który jest wygodniejszy – ale nie widzę drastycznych różnic. Tu Crystal Albums wyróżniło się możliwością nazywania projektów. Działa to tak… Mamy do zamówienia odbitki z kilku sesji – możemy je zamówić w 1 koszyku, dzieląc na sesje – i każda nazywając. Skutkiem tego będzie to, że dotrą do nas odbitki osobno zapakowane (wg właśnie „projektów”) – a z tyłu będzie nadrukowana nazwa tej właśnie sesji/projektu. Fajne zwłaszcza dla fotografów z dużą ilością sesji (zapewne dziecięce, przedszkolne czy ciążowe).

Obowiązek kronikarski każe też wspomnieć o Albumy Bodzioch – zdaniem Marka B. właściciela – jedynej firmy na świecie produkującej samoprzylepne odbitki w technologii labu. Także, jeśli ktoś lubi albumy jak za „moich czasów” – czyli odbitki komponowane na grubych, zwykle czarnych kartach, ale nie chce bawić się w nacinanie czy podklejanie – Albumy Bodzioch jest rozwiązaniem jego problemu (włącznie z wyklejeniem takiego albumu).

Co do zasady zamówić chciałem odbitki na papierze błyszczącym, format 20×30 cm – dość nietypowo, ale w takiej konfiguracji łatwiej było oglądać detale. Nie przewidziałem jednego – jeden lab nie oferuje błysku, inny – takiego formatu. Zatem trzeba było sobie radzić z tym co jest.

Etap pierwszy. Dostawa.

Wykonanie odbitek najszybciej potwierdził Crystal Alums – prawa Muprhiego sprawiły jednak, że fizycznie dotarły z opóźnieniem – w wyniku błędu w zamówieniu czekały na odbiór osobisty – kiedy tylko się zorientowałem, poprosiłem o wysyłkę. Były 2 dni później w moich rękach. Drugim najszybszym labem był Rossman – tu odbitki czekały na mnie 2 dni po zamówieniu. Najdłużej czekałem na zamówienie z Najlepszefoto – tu płatność realizowana była przelewem zwykłym a zamówienia są przedpłacane – co usprawiedliwia czas realizacji. Zamówienia składałem 20 września – przeciętnie otrzymałem je do tygodnia, ostatnie spłynęły 2 października.

Nie oceniaj po okładce! A gdyby jednak…?

Dramatu nie ma. Zgodnie z oczekiwaniami większość labów pakuje zamówienia dobrze i bardzo dobrze. Na szarym końcu skali była papierowa koperta kurierska z luźno wrzuconymi odbitkami – ale kto by się tym przejmował. Moje serce podbiły natomiast inne firmy. Albumy Bodzioch – kto Marka zna, ten wie, ile nerwów kosztuje go współpraca z kurierami i to widać po paczkach. Spokojnie można by w tym samym pudełku nadać kryształy czy bombę atomową i na 100% dojedzie bez uszkodzeń. Powiem więcej – spociłem się przy jej otwieraniu. To zdecydowanie najlepiej zabezpieczona przed pożarem, powodzią, kurierem i innymi klęskami żywiołowymi przesyłka, jaką otrzymałem. Dwa z labów zdjęcia zrolowały. Co ciekawe – na dwa różne sposoby. Crystal Albums moim zdaniem zrobiło to lepiej – po pierwsze wydrukiem na zewnątrz. Po drugie zapakowało zlecenie w foliowy woreczek, zgrzewany chyba na zdjęciach. Przy okazji mojego testu dowiedziałem się, że ta forma zwijania jest bezpieczniejsza dla pigmentu (choć na logikę naraża go na uszkodzenia i porysowania) to papier jest mniej podatny na ściskanie. Jeśli nie zrozumiałeś – bez obaw. Ja też tego nie załapałem od razu, ale jest na to prosty test – weź skórkę z pomarańczy czy innego cytrusa. Zwiń ją raz „kolorowym” do środka – raz na zewnątrz i porównaj ilość pękniętych komórek skórki. Ponoć papier zachowuje się tak podobnie. Czy to prawda, nie wiem, ale usłyszałem to z dwóch niezależnych źródeł, a test „cytrusowy” też daje do myślenia. Innym dobrym przykładem pakowania jest Najlepszefoto – tekturowe koperty na odbitki, zapakowane w dobrze wypełniane pudełko. Na osobną wzmiankę tu zasługuje Saal Digital – odbitka z tego labu były porządnie zabezpieczone – a ostatecznie opakowane a papier przypominający śniadaniowy. Nie mówię o tym w złym kontekście. Wręcz przeciwnie – urzekło mnie to, powiało może trochę PRLem, ale uwierzyłem, że ktoś mógł to robić ręcznie (choć pewnie robi to maszyna). Fajne to to – a papier był wyjątkowo miły w dotyku.

Przesyłka od Crystal Albums

Wspomniane papierowe opakowanie od Saal Digital

Pancerna paczka od Albumy Bodzioch

Paczucha od Najlepszefoto

Okładki są zwykle dwie…

Jest jeszcze jeden aspekt ważny dla fotografa. Większość tekstu poświęcona jest zadrukowanej stornie odbitki, jest jednak jeden szczegół. Rewers i informacje na nim nadrukowane. DitalAlbums i Dream Printy z Najlepszefofot to „czyste” odbitki, bez żadnego nadruku. Wyróżniło się tu na pewno Crystal Albums o czym wspominałem już wcześniej – w ich nadruku zaklęte są informacje, które mogą pomóc fotografowi w dalszej dystrybucji odbitek.

Etap nieplanowany – ślepa próba.

Tak się złożyło, że krótko po otrzymaniu kompletu odbitek mogłem być na plenerze, gdzie było blisko 30 fotografów. Rzuciłem wyzwanie – wskaże Twoim zdaniem najlepszy wydruk – bez ujawniania kto jest kto. Zadania podjęło się 10 osób. Wyniki tego testu – przypomnę – bez wzorca, zatem ocena była tylko percepcyjna i subiektywna – na końcu tekstu.

Etap… kolejny.

Tym razem trafiłem do wspomnianego eksperta. Od niego pochodziły pliki, przygotował je do druku i teoretycznie wiedział, jak wyglądać powinny. Zatem był idealną sobą do weryfikacji jakości wydruków. Na pierwszy strzał poszło porównanie względem tego co oglądaliśmy na kalibrowanych monitorach. Wyniki nie były jednoznaczne, więc poszliśmy o krok dalej – na maszynie Canon iPF8400 wydrukowaliśmy te same pliki, które trafiły do labów. Tu już nie było mowy o swobodnej interpretacji i percepcji – przykładając wydruki jeden po drugim metodą eliminacji wybraliśmy ten najbardziej zbliżony od wydruku oryginału.

Cena czyni cuda?

W ramach testu trzeba by jeszcze z kronikarskiego obowiązku wspomnieć, że odbitka odbitce nierówna. Rozrzut cenowy jest dość znaczny i zestawiając go z jakością można podjąć próby wyboru labu w oparciu o relację cena/jakość. Niby można – zatem nikt nie uznał by najtańsze były najlepsze. Najdroższe wydruki dostarczyła sieciówka – zdobyły one o 3 punkty więcej (na 130 możliwych) od wydruków z Najlepszefoto – prawie 3x tańszych. Drugie pod względem ceny odbitki Dream Print (od Najlepszefoto) okazały się najlepsze w porównaniu „papier-papier”, za to poległy w teście fotografów. Czyli ceną też się nie ma co sugerować. Najszybciej realizujący zlecenie Crystal Albums – to cenowy „średniak”, podobnie jak faworyt w teście „papier-monitor” – Marek i jego Albumy Bodzioch. Jedyna sensowna konkluzja całego testu jest taka, że za ceną nie idzie jakość i za jakością nie idzie cena. Przynajmniej nie wprost.

And the winner is…

Minęło kilka dni, piszę ten tekst, oglądam wydruki, wzorce, patrzę na 3 tabele i co?  Dalej nic nie wiem. Tuzin osób, w tym ja oglądało zdjęcia z kilku labów, w większości przypadków są bardzo poprawne. Co więcej, oglądając je pojedynczo na pewno bez specjalistycznego sprzętu nie stwierdzimy karygodnych odstępstw od normy. Czy zatem wszystkie laby drukują idealnie? Nie – już zwykłe zestawienie kilku odbitek pokazuje owe różnice.

Konkluzja?

Wniosek jest jeden, w zasadzie dwa. Pierwszy – nie da się jednoznacznie ocenić, który lab jest lepszy. Jedni mają lepszy serwis, inni większy wybór form płatności, inny drukuje lepiej czernie a jeszcze inny ma lepsze przejścia tonalne. Co zatem radzę? W sumie to każdy z nas powinien zrobić to samo co ja – wybrać kilka trudnych technicznie zdjęć – z detalami, mnóstwem kolorów i odcieni i zamówić je w wybranych labach. Wynik porównać samemu i znowuż subiektywnie, według własnego oka ocenić, które są lepsze i na tej podstawie wybrać dostawcę wydruków. Innej drogi nie widzę.

Jest jeszcze druga strona medalu – udało mi się dotrzeć do osób, które są gotowe do zorganizowania testu matematyczno-fizycznego – wydrukowania specjalnych odbitek testowych, zbadania ich spektrofotometrem, ocenienia precyzji druku i wręcz laboratoryjnego sposobu weryfikacji. Czy ten test będzie miał coś wspólnego ze sztuką fotografii? Absolutnie nie – będzie czysto naukowym podejściem do tematu. Dlaczego o tym mówię? Bo powoli rozpoczynam prace nad regulaminem, metodologią badawczą i tym samym zapraszam wszystkie laby do wejścia w taki test. To będzie gra w otwarte karty – Wy będziecie wiedzieć co i po co drukujecie – my – jak dokładnie to ocenić, bez pola manewru, bez „na moje oko” czy „wydaje mi się”.

Do tego czasu – są dwie drogi albo wierzymy, że nasz lab drukuje dobrze, albo sami, we własnym zakresie to weryfikujemy.

Postscriptum

Jeśli będzie ku temu okazja (kursy, warsztaty, szkolenia czy zloty) gdzie będę osiągalny dla Was w najbliższym czasie – odbitki testowe będą tam ze mną, tak by każdy chętny mógł rzucić okiem na te sam wydruki na jakie i ja teraz spoglądam.

Starałem się?

Ci, co mnie znają trochę dłużej wiedzą, że potrafię być zrzędą i szukać dziury w całym – w sumie taka moja rola. Tu wspiąłem się na wyżyny poprawności politycznej, ale chcę zwrócić uwagę na kilka problemów, jakie wykryłem:

  • precyzja druków – laby zmagają się z problemem, który można porównać do aberracji chromatycznej – cienkie kontrastowe linie mało komu udało się dobrze wydrukować
  • czerń ma więcej odcieni niż można by się spodziewać
  • szary to dosłownie 50 Twarzy Greya ?
  • kadrowanie – pilnujcie co zamawiacie, bo w paru przypadkach zamiast poziomu dostałem pion i odwrotnie
  • czasami zdarzają się ślady po rolkach!
  • bardzo często spotykany zafarb w kierunku magenty
  • wada druku na krawędziach odbitki – zafarb w kierunku czerwienie – jakby plama?
  • nieostre zdjęcia – cześć dobitek testowych sprawia wrażenie potraktowanych blurem – bez większej prawidłowości
  • proces rejestracji czasami to droga przez mękę i chyba sposób na odsianie mniej cierpliwych
  • laby słabo ogarniają marketing – taka paczucha – pierwsze zamówienie aż prosi się o wkładkę reklamową, może ulotkę, katalog – cokolwiek co pokaże pełnię Waszych możliwości – serio, to działa…