Praca fotografa jest miła, lekka i przyjemna. Zdjęcia robią się same. Szczególnie drogim sprzętem. W zasadzie za nasze usługi nie powinniśmy brać pieniędzy. Bo w sumie każdy może  wziąć do ręki aparat i cyknąć pamiątkowe kadry… W branży fotograficznej od lat funkcjonuje wiele mitów, opowieści, teorii i twierdzeń, które z prawdą mają niewiele wspólnego. Zebrałem kilka moich ulubionych i opatrzyłem je komentarzem. Bo choć zwykle są krzywdzące, to fakt jest taki, że potrafią też skłonić do refleksji nad samym sobą. Uwaga: do tekstu proponuję podejść jak snajper, czyli z dużym dystansem.

#1. To tylko pstryknięcie!

Według niektórych praca fotografa polega na naciśnięciu guzika w odpowiednich momentach. To ja może tylko dopowiem, że część z nas musi jeszcze zoomować nogami, bo ma stałoogniskowe obiektywy w aparatach…

Osoby, które wypowiadają takie słowa, nie mają bladego pojęcia, o co tak naprawdę w tym fachu chodzi. Kadrowanie, kompozycja, kreowanie koncepcji, budowa scenek… Że nie wspomnę już o ustawieniach parametrów, czułości ISO, czasu naświetlania czy wartości przysłony. Pomijam też dobór ogniskowej czy w ogóle obiektywu adekwatnego do konkretnego tematu (choć ja uwielbiam portrety robione rybim okiem i architekturę ultra zoomami). No miło by było, gdyby to wszystko robiło się samo.

Przy każdej okazji, kiedy praca fotografa jest sprowadzana do „pstrykania”, zastanawiam się, czy jest sens wypruwać sobie żyły na wyjaśnianie? Pewnie nie. Nie widziałem na przykład, żeby jakiś prawnik tłumaczył się z tego, że kasuje tysiąc za napisanie i wysłanie oficjalnego listu…

#2. Po znajomości może da się za darmo? Będą piękne zdjęcia do portfolio…

Dwa body, kilka sztuk szkieł i lamp, statyw, laptop, oprogramowanie, edytory do obróbki, szkolenia, czas poświęcony na pracę i naukę, który nie tylko można, ale nawet trzeba, przeliczyć na pieniądze… To część pozycji generująca koszty w działalności profesjonalnego fotografa. Gdyby tak wszystko zsumować, pewnie starczyłoby na kawalerkę lub wkład do kredytu na dom.

W imię czego jako fotograf masz zużywać własne zasoby charytatywnie? Bo ktoś argumentuje, że „tyle się znamy”, „kolegujemy”, a w rzeczywistości rozmawiacie w zasadzie od święta? No błagam. Ale jest jeden sprawdzony sposób, jak poradzić sobie w takiej sytuacji. Trzeba po prostu odbić piłeczkę. „Znajomy” zainteresowany współpracą jest stolarzem? Świetnie! Zapytaj, czy w gratisie zrobi Ci regał na sprzęt i rekwizyty. Jeśli wspomni coś o cenie materiałów (zwłaszcza drewna), pokaż mu rachunek za body albo obiektyw. Pewnie Twój sprzęt będzie tańszy niż np. jego tokarka. Ale powinno mu to uzmysłowić, że wszystko kosztuje. On nie pracuje za darmo, to czemu oczekuje tego od Ciebie?

#3. Drogi aparat na pewno robi dobre zdjęcia

W tym przypadku nigdy do końca nie wiadomo, czy takie hasło ma być komplementem, że skoro stać Cię na sprzęt z najwyższej półki, to musisz na tym nieźle wychodzić, czy może docinkiem, że Twoja rola jako fotografa sprowadza się wyłącznie do bycia żywym statywem.

Hipoteza, że droższy aparat robi lepsze zdjęcia, jest tak popularna, że część ludzi naprawdę w nią wierzy. Wykonajmy eksperyment myślowy (to oficjalnie dopuszczona metoda badań, więc i my możemy ją zastosować). Z jednej strony mamy FujiFilm FGX100 o wartości 54 000 zł w rękach kogoś, kto najbliżej aparatu był do tej pory podczas wizyty na rentgenie. Z drugiej  jest FujiFilm Instax Mini 11, czyli plastikowe cudeńko wyceniane na +/- 300 zł w rękach Steve’a McCurry. Szanse, że amator zrobi dobre zdjęcie tym mega sprzętem, są raczej nikłe, choć oczywiście niezerowe. Pod warunkiem, że będzie mógł używać trybu automatycznego, bo na manualu przewiduję kompletną porażkę. To Steve jest faworytem w tym starciu, mimo teoretycznie gorszego aparatu.

Ustalmy raz na zawsze. Tak, nowoczesny sprzęt ułatwia pracę fotografowi. Im bardziej zaawansowany, tym lepiej. Zdjęcie to nie tylko światło, czas i kadr, ale także wiedza, jak te elementy połączyć, by uzyskać konkretny efekt i przekaz. Osobiście uważam, że dobry fotograf zrobi świetne zdjęcie byle czym, a kiepskiemu nie pomoże nawet optyka z teleskopu Hubble’a. I jeszcze ostatnie porównanie, bo nie mogę się oprzeć: F-16 też jest bardziej zaawansowany od malucha. Ale szanse, że bez wielu lat szkoleń i ciężkiej pracy polecisz tym pierwszym, są o wiele mniejsze niż to, że wsiądziesz do Fiata 126p i ruszysz z miejsca.

#4. Wujek zrobi nam reportaż ślubny. Za darmo

No jak za darmo to i ocet słodki, jak to mawiają. O ile wspomniany wujek nie jest zawodowym fotografem, to można być całkiem spokojnym o rezultat jego działania. Z dużą pewnością będzie tragiczny. No bo zrobi albo nie zrobi. Skoro jest wujkiem, to najpewniej będzie też gościem. A więc prędzej czy później da się porwać zabawie i dobrodziejstwom oferowanym przez wydarzenie (%%%). To po pierwsze.

Po drugie jestem niezmiennie pod wrażeniem wszystkich „wujków”, którzy cieszą się zaufaniem swoich bliskich w tak wielu dziedzinach, mimo że w żadnej z nich nie odnoszą sukcesów. Czy w innych przypadkach równie chętnie pokładamy nadzieję na wykonanie zadania w osobach bez doświadczenia? Czy wujkowi mechanikowi powierzysz wyrwanie zęba? Dlaczego stawiamy na zawodowców zamiast amatorów, chociażby w medycynie?

Pewnie znajdą się tacy, którzy zarzucą mi brak obiektywizmu. Ale uważam, że w przypadku fotografii (np. ślubnej) oszczędzanie w ogóle się nie opłaca. Przecież tu chodzi o jednorazową inwestycję we wspomnienia z najważniejszego wydarzenia w życiu. W cenie za reportaż ślubny zawiera się mnóstwo elementów, w tym sprzęt i czas poświęcony na opanowaniu warsztatu.

#5. Nie wolno fotografować w miejscach publicznych

Tu na dwoje babka wróżyła. I znajomość prawa może się przydać. Są takie paragrafy, które mówią, że samo naciśnięcie migawki w miejscu publicznym już podpada pod przetwarzanie danych. I jeśli fotografujesz jako firma, to RODO kłania się w pas. Z drugiej strony, jeśli robisz zdjęcia jako osoba prywatna, to wówczas RODO staje się dla Ciebie tym, czym Kodeks Drogowy dla kolumny rządowej. Ten kij w dodatku jest jak proca: ma trzy końce i właśnie tym trzecim jest kwestia tego, co ze zdjęciami zrobisz. Jako osoba fizyczna w zasadzie możesz wykorzystać je dowolnie: wrzucić na social media czy wywołać do albumu. Ale już na przykład zrobienie z nich wystawy wymagać będzie zdobycia zgody modeli (w szczególnych przypadkach zgoda wprost potrzeba nie jest, ale każda osoba może ją wycofać  i zrobić Ci kuku) . Poza wszystkim trzeba też wziąć poprawkę na miejscowe regulacje. Inaczej wygląda kwestia wykonywania zdjęć w przestrzeni publicznej w Polsce, inaczej w Niemczech, czyli kraju dość mocno wyczulonym na punkcie prywatności, a jeszcze inaczej w Stanach.

#6. Fajne zdjęcie, musiałeś je obrobić w Photoshopie

Owszem, tak się robi. I nie jest to powód do wstydu. Należy podkreślić jednak fakt, że jeśli fotograf potrafi zapanować nad swoim sprzętem i zna zasady fotografii, to lwią część roboty wykonuje tak naprawdę jeszcze przed zrobieniem zdjęcia. Po co? A no po to, żeby nie musieć w nie ingerować bez potrzeby. Dobra, latającego smoka trzeba dokleić, ale np. oświetlić scenę można już w plenerze. Wiadomo, nie zawsze się tak da. Dlatego świetnie się składa, że jest możliwość obróbki cyfrowej. 100 lat temu fotografia nie była na tym poziomie, zaawansowania co teraz. Usuwanie niedoskonałości np. na twarzy wymagało znacznie więcej czasu i umiejętności…

Szkoły są różne, ale jedna zasada obowiązuje praktycznie wszędzie: im lepiej przygotowane zdjęcie przed naciśnięciem spustu migawki, tym mniejsza konieczność obróbki.

#7. Może jakiś rabat?

Mało kto z wie, że Rabat to stolica Maroka. Może więc klienci o niego pytają, bo rozwiązują akurat krzyżówkę? Kto wie…

Żeby było jasne: samo zapytanie o rabat (w kontekście biznesowym) nie jest ani grzechem, ani nietaktem. Jeśli przedsiębiorcy decydują się, żeby go dać, to nie widzę powodu, by z niego nie skorzystać. Prowadzisz własną firmę? A więc w pierwszej kolejności polecam zadać sobie, a później klientowi, jedno pytanie: za co konkretnie ta zniżka się należy? Bo sam fakt posiadania na tyle odwagi, by o nią zapytać, to w mojej ocenie trochę za mało. Być może klient chce zwiększyć zamówienie i wtedy niewielki rabat ma sens (bo na pewno nie 50%, jeśli zamówię 2x więcej). Być może klient chce zrobić coś, co obniży Twoje koszty i w takiej sytuacji rozmowa o finalnej cenie jest jak najbardziej na miejscu.

Rabaty nie powinny być zjawiskiem uniwersalnym i nie musisz rozdawać ich każdemu. Czy ja, Paweł Heczko, daję rabaty? Owszem. Szczególnie stałym klientom, którzy generują dla mnie wysoki procent dochodu. Zaznaczę też, że nie kieruje mną chęć utrzymania współpracy za wszelką cenę. Robię to dlatego, że realizacja wielu zleceń pozwoliła nam dobrze poznać siebie i swoje oczekiwania nawzajem. W efekcie etap przygotowań do pracy jest znacznie krótszy, czyli tańszy. No i poza wszystkim darzymy się po prostu sympatią.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o konkurowaniu ceną, polecam Ci ten tekst: https://pawelheczko.pro/konkurencja-cenowa-plusy-i-minusy-czy-oplaca-sie-konkurowac-cena/ Znajdziesz w nim nieco więcej informacji o rabatach.

#8. Paweł Heczko robi lepsze zdjęcia niż Ty!

Zamiast imienia i nazwiska powinno być popularne „X”, ale uznałem, że tak będzie nieco bardziej osobiście.

Nie, nie robię lepszych zdjęć niż Ty (no chyba że akurat robię). Z całą pewnością robię inne. Najpewniej różni nas styl, technika, estetyka, sprzęt, doświadczenie, podejście. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Gusta są różne. Jak zwał, tak zwał. Jedno jest pewne: Nie możemy powiedzieć, że Michał Anioł malował lepiej niż Banksy. Malowali inaczej i efekty ich pracy trafią w gusta jednych, a drugich już nie.

Co jest ważne? A no to, że Twoje zdjęcia mają podobać się osobom, które zechcą za nie zapłacić. Ich zdanie powinno się liczyć. No i Twojej mamy. Ale mama tak już jest zaprogramowana, że cokolwiek nie zrobisz, zawsze Cię pochwali. Chyba że akurat jest fotografką…

#9. Znam kogoś kto zrealizuje sesję zdjęciową taniej

To zdanie słyszałem nie raz i jako fotograf i jako programista stron internetowych dla fotografów. Początkowo przejmowałem się tymi porównaniami. Później dotarło do mnie, że ta argumentacja nie ma sensu. Bo nie każdy jest w tym samym miejscu co ja. Może mieć mniejsze lub większe doświadczenie, mniej lub więcej pracowników, mniejsze lub większe koszty stałe, mniejsze lub większe składniki oferty (zakres prac). To wszystko ma znaczenie, a potencjalny klient najczęściej po prostu o tym nie wie.

Moja rada? Jeżeli różnica w kontrofercie jest niewielka, masz pole i chęć do negocjacji, możesz próbować zdobyć zlecenie. Ale warto wypruwać sobie żył za wszelką cenę. Jeśli jedynym kryterium wyboru między Tobą a konkurentem jest cena, szybko może okazać się, że i tak fucha trafi do Ciebie. Tyle że jako powtórka. W takiej sytuacji klient na własnej skórze uczy się, jaka jest różnica między opcją tanio, a nieco drożej. I tym razem chce drożej. Oczywiście zdarzają się osoby, które są dobre w swoim fachu i oferują usługi taniej. Ale to prawdziwa okazja i niezwykle rzadkie zjawisko. Mimo tego, że w branży fotograficznej (a nawet szerzej: jako naród) mamy problem z rzetelną wyceną własnych kwalifikacji, to na ogół cena jest dość mocno skorelowana z efektami, jakie zagwarantuje wydanie określonej kwoty. Aż prosi się o spektakularne przykłady z życia, ale staram się unikać polityki jak ognia.