Pewnie wszyscy słyszeli o tweecie, w którym Barbara Kurdej-Szatan skomentowała sytuację na granicy z Białorusią. Skutki okazały się o wiele większe niż kilka przysłowiowych lajków. TVP ją zwolniło, Play się dystansuje, Polsat zapowiedział koniec współpracy. To doskonała okazja by podkreślić jak ważne w naszej pracy jest to co, gdzie i kiedy mówimy. Żeby nie pójść śladem Basi będę daleki od oceny ii słuszności jej wpisu, ale zobaczcie – dla jednych rację ma, dla inny nie – a przez to kilka kontraktów nie dojdzie do skutku, więc w zasadzie – jej własne poglądy pozbawiły ją wypłaty. Myślicie, że to się nie zdarza w fotografii? Otóż nie, zdarza się. Jakiś czas temu miałem okazję poznać historię fotografa, który lubi robić koncerty (w tym nieco cięższej muzyki) – koncert jak koncert nic złego, ale kiedy starał się o zlecenie na komunię, to dowiedział się, że bliżej mu do antychrysta niż do pobożnego człowieka i z takim fotografem pracować klienci nie chcą. Co gorsza, co do zasady klient ma do tego prawo, nieco trudniej jest tak wybrzydzać, kiedy klienta się obsługuje, tu już jest nieco więcej paragrafów a starzy górale pewnie pamiętają proces drukarnia kontra LGBT który skończył się co do zasad fiaskiem. Przypomnę tylko, że drukarz w 2015 roku odmówił realizacji zlecenia na rzecz fundacji walczącej o prawa LGBT powołując się w uproszeniu na swoje poglądy. Sprawa trafiła do sądu, w zasadzie sądów. W 2017 zapada wyrok uznające winę drukarza, w tym samym roku potwierdza to wyrok sądu apelacyjnego, w 2018 sądu najwyższego. Potem interweniuje Prokurator Generalny i Trybunał Konstytucyjny uznaje przepis, na podstawie którego doszło do skazania – za niekonstytucyjny. W 2019 Sąd Apelacyjny uchyla wcześniejsze wyroki i powołując się na orzeczenie TK – postępowania umarza. Do Sądu Najwyższego trafia apelacja podnosząca niezawisłość sędziego. Tam sprawa finalnie się kończy, bo i środki prawne się wyczerpały. Jedni powiedzą, że rację miała fundacja, drudzy, że drukarz, a ja powiem – chodziło o druk paru plakatów a sprawa przewaliła się przez wszystkie instancje sądownictwa, Prokuratora Generalnego a ilości roboczogodzin prawników nie ma chyba nawet co zliczać…

Zatem zdarza się i nam…

Pewnie wszyscy słyszeli o tweecie, w którym Barbara Kurdej-Szatan skomentowała sytuację na granicy z Białorusią. Skutki okazały się o wiele większe niż kilka przysłowiowych lajków. TVP ją zwolniło, Play się dystansuje, Polsat zapowiedział koniec współpracy. To doskonała okazja by podkreślić jak ważne w naszej pracy jest to co, gdzie i kiedy mówimy. Żeby nie pójść śladem Basi będę daleki od oceny ii słuszności jej wpisu, ale zobaczcie – dla jednych rację ma, dla inny nie – a przez to kilka kontraktów nie dojdzie do skutku, więc w zasadzie – jej własne poglądy pozbawiły ją wypłaty. Myślicie, że to się nie zdarza w fotografii? Otóż nie, zdarza się. Jakiś czas temu miałem okazję poznać historię fotografa, który lubi robić koncerty (w tym nieco cięższej muzyki) – koncert jak koncert nic złego, ale kiedy starał się o zlecenie na komunię, to dowiedział się, że bliżej mu do antychrysta niż do pobożnego człowieka i z takim fotografem pracować klienci nie chcą. Co gorsza, co do zasady klient ma do tego prawo, nieco trudniej jest tak wybrzydzać, kiedy klienta się obsługuje, tu już jest nieco więcej paragrafów a starzy górale pewnie pamiętają proces drukarnia kontra LGBT który skończył się co do zasad fiaskiem. Przypomnę tylko, że drukarz w 2015 roku odmówił realizacji zlecenia na rzecz fundacji walczącej o prawa LGBT powołując się w uproszeniu na swoje poglądy. Sprawa trafiła do sądu, w zasadzie sądów. W 2017 zapada wyrok uznające winę drukarza, w tym samym roku potwierdza to wyrok sądu apelacyjnego, w 2018 sądu najwyższego. Potem interweniuje Prokurator Generalny i Trybunał Konstytucyjny uznaje przepis, na podstawie którego doszło do skazania – za niekonstytucyjny. W 2019 Sąd Apelacyjny uchyla wcześniejsze wyroki i powołując się na orzeczenie TK – postępowania umarza. Do Sądu Najwyższego trafia apelacja podnosząca niezawisłość sędziego. Tam sprawa finalnie się kończy, bo i środki prawne się wyczerpały. Jedni powiedzą, że rację miała fundacja, drudzy, że drukarz, a ja powiem – chodziło o druk paru plakatów a sprawa przewaliła się przez wszystkie instancje sądownictwa, Prokuratora Generalnego a ilości roboczogodzin prawników nie ma chyba nawet co zliczać…

Zatem zdarza się i nam…